niedziela, 23 października 2016

Minimalizm - mniej znaczy więcej

1 komentarz
Kupujemy, zdobywamy, gromadzimy... Efekt? Coraz więcej i więcej. Ubrania, domy, samochody i inne gadżety. A potem, okazuje się, że wciąż coś nowego jest do zdobycia. Czy jest szansa aby to zatrzymać, czy jest sposób na opamiętanie się?
Nie potrafimy już żyć skromnie. Pracujemy, żeby mieć. A już mamy zdecydowanie za dużo. Zacznijmy od jedzenia - komu z nas nie zdarzyło się wyrzucenie czegoś, czego nie zdążyliśmy zjeść, zanim się popsuło? Albo ubrania - której z nas (bo to najczęściej nas kobiet dotyczy) nie zdarzyło się, aby pozbyć się ubrań, w których nie zdążyłyśmy chodzić, ale już stały się niemodne i przestały się nam podobać? Wyrzucamy też sprzęty, które można naprawić. A sklepy są gotowe na nasz konsumpcjonizm i oferują całą gamę produktów jednorazowych - bo łatwiej kupić nowe, niż naprawić. Efekt? Zniszczone środowisko, życie na kredyt, czyli krótko mówiąc przysparzanie sobie problemów, których chcemy unikać.
Ciekawym przykładem "mądrego konsumpcjonizmu" są Japończycy. Dlaczego właśnie oni? Bo mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto, skromnie. A ich prostota w niczym ich nie ogranicza. Wręcz przeciwnie - wzbogaca, uwalnia od uprzedzeń i obciążeń.
Aby lepiej poczuć życie, warto je zaakceptować i być blisko natury. Warto też przejrzeć swoje mieszkanie i pozbyć się większości (niepotrzebnych) rzeczy. Bo, żeby żyć, potrzebujemy niewiele. Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej możemy się rozwijać.
Zauważyłam, że im więcej ludzie mają, tym większy ogarnia ich lęk. Boją się złodziei, kłótni w rodzinie o majątek po swojej śmierci. Im mniej posiadają, tym są pogodniejsi. Jestem też przekonana, że kiedy człowiek podsumowuje swoje życie (wszystko jedno, czy ma na to dużo czasu, czy sekundę), to nie zastanawia się, czy jest bogaty, czy ludzie mu się w pas kłaniali, tylko zadaje sobie pytanie, czy był sobie wierny i czy miał odwagę słuchać swojego wewnętrznego głosu, nawet gdy inni uważali go za głupca i się z niego śmiali. 
Coraz więcej ludzi zdaje sobie z tego sprawę. I coraz więcej z nas nie tylko rezygnuje z nadmiaru, przesytu, lecz także widzi głęboki sens w samoograniczaniu. Niektórzy zamieniają mieszkania na mniejsze, inni rezygnują z samochodu i przesiadają się do komunikacji lub chodzą pieszo. Kobiety mądrzej wydają pieniądze na ubrania - kupują wg zasady mniej znaczy więcej. Nie trudno też spotkać osoby, które żyją zgodnie z maksymą „zrób to sam”. Polega ona na tym, żeby samemu opanować jak najwięcej umiejętności. Zamiast kupować półkę – zrobić ją samemu, zamiast nabywać nowy zegarek – naprawić stary. Dobrym przykładem są też zakupy w sklepach second hand lub zakupy w sieci. Powoli wracamy też do szycia ubrań przez znajome krawcowe. Super! To rozwiązanie bardzo mi się podoba, ponieważ dzięki temu jesteśmy indywidualni, i nie wyglądamy, jak "sieciówkowe klony".
Znam też takie osoby, które zawsze, kiedy coś kupią, kierują się trzema kryteriami: czy nie przyczyniam się do zaśmiecania środowiska (kupowanie plastikowych rzeczy), czy nie pogłębiam konsumpcjonizmu (kupuję tylko to, co jest potrzebne) i czy produkty pochodzą ze sprawiedliwego handlu. I słusznie, bo produkowanie i konsumowanie nowych rzeczy obciąża środowisko. Lepiej reperować stare ubrania i sprzęty, bo w ten sposób ogranicza się kupowanie towarów, czyli popyt. A wiadomo, że popyt napędza podaż. Jeśli nie będzie kupujących, nie będzie też sprzedających i produkujących, a więc i zatruwania środowiska. A co do sprawiedliwego handlu – w gospodarce wolnorynkowej jest pęd do kupowania jak najtaniej. Odbywa się to często kosztem praw pracowniczych i warunków, w jakich przebiega produkcja. Na przykład w Chinach zatrudnia się niepełnoletnich, płaci ludziom śmiesznie niskie pensje. Muszą wybierać między śmiercią głodową a pracą za grosze.Tak naprawdę to żaden wybór. Dlatego niektórzy nie chcę mieć na sobie nic, co zostało wyprodukowane przez niewolników. Jeżeli więc kupuję ubrania, to polskie. I również pochwalam - sama poszukuję ciekawych polskich projektantów ubrań czy mebli.
W minimalizmie nie chodzi o radykalne zaprzestanie konsumpcji – musimy coś jeść, w coś się ubierać, ludzie muszą zarabiać. Ale chodzi o to, żeby handel miał ludzki wymiar, żeby nie odbywał się kosztem zatruwania środowiska i niewolniczej pracy i aby nie kupować na zapas. Kiedyś kupowało się rzeczy, gdy się ich naprawdę potrzebowało. Teraz – kupuje się, bo wchodzi nowa promocja. Ludziom wmawia się, że muszą posiadać coraz to nowsze i lepsze produkty.  I nagle okazuje się, że trzeba mieć jeszcze większy telewizor, a jak już się kupi ten największy, to i tak zaraz staje się przestarzały, bo ma za mało K...
Warto pamiętać, że takie samoograniczanie jest w porządku, ale tylko wtedy, gdy wynika z naszego wyboru. Dlatego, to my sami musimy dostrzec pułapkę, jaka tkwi w żądzy posiadania. Musimy być świadomi tego nienasycenia i w porę określić próg, za którym konsumpcja zaczyna być chorobą.
Świadoma konsumpcja nie jest trudna, choć wymaga ciągłej uwagi, planowania, patrzenia na metki. Uważam, że takie zachowanie ma sens. To tylko kwestia przestawienia się. Oczywiście, nie twierdzę, że wszyscy powinni być ascetami. Jeżeli ktoś chce więcej posiadać, ma do tego prawo. Ale warto dokonać tego wyboru świadomie, a nie pod presją reklamy czy mediów. Wartość człowieka nie jest zależna od tego, ile się posiada. 

A jakie jest Wasze zdanie? Kupujecie za dużo? Lubicie minimalizm? Podzielcie się proszę ze mną Waszymi doświadczeniami.

1 komentarz

  1. Minimalizm zaczęłam od...zakupu czytnika do ebook’ów. Później przyszła „ograniczona” szafa, a teraz kuchnia i „dieta”. Jest lepiej. Zdecydowanie

    OdpowiedzUsuń

.
=async defer src="//assets.pinterest.com/js/pinit.js"/script>